Wróciliśmy
do opracowań archeologicznych, choć wcale nie przesądziło to jeszcze
o naszym oglądzie sprawy. Nie śniło nam się też na razie o Osadzie.
Niestety, piec zbudowany za papą Colesem ("Archeologia Doświadczalna",
PWN, Warszawa 1977r.), nie chciał do końca działać. Sięgnął więc
Bogusz z kolegami (a było ich kilku, choć wszyscy się kolejno wykruszali)
po własną, niespożytą inwencję twórczą, tak
w kwestii pieca, jak i akcesoriów "okołopiecowych", w
typie miecha, który sam w sobie stanowi temat na osobną opowieść.
Miało to wtedy przede wszystkim działać. I w końcu zadziałało, czasem
aż przerasta oczekiwania (np. topi stal, również tę, z której niekiedy
wykonane są różne ważne przyrządy). <notka techniczna: przeprowadza
stal w surówkę>
Piec stanął w sadzie niejakiego Mundka, bardzo daleko od centrum
Krakowa. Dzięki jego gościnności mieliśmy zimą ciepłą wodę do wiadra
(to ważne), dostęp do warsztatu oraz enklawę z kanciapką (dykta,
folia, drewniane pale), a w niej błogosławieństwo na dymienie, kopanie
w ziemi i tłuczenie młotami, w co chcemy...
Niemniej, w czas długich, zimowych powrotów do domu i rozmów po
nocach w rozmaitych miejscach, zaczął się krystalizować pomysł zrobienia
czegoś większego, zbudowania sobie przestrzeni, w której można spróbować,
jak wiele potrafimy zrobić sami.
|
|